PFC ZWIEDZA NORTH-WEST

PFC ZWIEDZA NORTH-WEST

Pomysł na wyjazd do północno-zachodniej Anglii na mecz i zakupy w głowie miałem już od dłuższego czasu. Oczywiście już nie raz tam byłem, ale zawsze wszystko kończyło się na spotkaniu ze znajomymi i szybkich zakupach w jednym sklepie. W tym roku pojawiła się świetna szansa, żeby pojechać na dłużej i zwiedzić dwa największe miasta regionu – Liverpool i Manchester. To w pierwszym z tych dwóch miast narodziła się w końcu kultura Casual. W marcu również wypadał mecz pomiędzy oboma największymi klubami w Wielkiej Brytanii, czyli Manchester Utd – Liverpool na Old Trafford.

Wylot miałem w piątek 14 marca z Warszawy, więc dzień wcześniej tradycyjnie pojechałem do kumpli na szybką flaszkę, a następnego dnia rano na samolot do Modlina. Po wylądowaniu w Liverpoolu od razu razem z kumplem złapałem autobus do centrum i ruszyliśmy zwiedzać. Trzeba przyznać, że samo centrum miasta robi pozytywne wrażenie. Od głównej stacji autobusowej do ścisłego centrum znajdują się same knajpy, a przed nimi widać było małe grupki, które, sądząc po ubiorze, „są w klimacie”. W jednej z knajp zrobiliśmy krótki przystanek na szamę i browar. Widząc, że mamy ze sobą bagaże, Angielki zaczęły się pytać czy przyjechaliśmy na wakacje i czy jesteśmy normalni, wybierając jako cel wypoczynku Liverpool. Szybko wytłumaczyłem im, że jesteśmy tu głównie z powodu niedzielnego meczu, na co one pytały się nas czy jesteśmy piłkarzami (sic!). Wyprowadziłem je natychmiast z błędu, pokazując im rosnący piwny brzuch i powiedziałem, że to raczej niemożliwe. Po krótkiej rozmowie ruszyliśmy w kierunku sklepów. Niestety, ponieważ chcieliśmy jeszcze skoczyć na Anfield i Goodison nie udało nam się zmieścić w czasie i odwiedzić Ran (podobno jednego z najbardziej klimatycznych sklepów). W centrum szybko znalazłem jednak Scotts, a zaraz obok Drome. Ludzie w pierwszym sklepie widząc ciuchy od razu pytając zapytali, czy jesteśmy tu z powodu niedzielnego meczu. Po szybkiej pogawędce o ciuchach, piłce i kulturze musieliśmy się zwijać. Od zakupów się wstrzymałem, bo następny dzień miałem spędzić w Manchesterze i uznałem, że zobaczę jeszcze tamtejsze sklepy. Po obejrzeniu asortymentu w obu sklepach (co ciekawe, w żadnym z nich nie było Stone Island) kontynuowaliśmy wycieczkę.

Po dojściu na koniec ulicy trafiliśmy do doków. Trzeba przyznać, że Liverpool (przynajmniej centrum) naprawdę nie należy do najbrzydszych miast (co często sugerowali mi znajomi). Słońce zaczęło już zachodzić, więc po szybkim przejściu się promenadą złapaliśmy taryfę na Anfield i Goodison. Oba stadiony znajdują się bardzo blisko siebie. Tak jak stadiony Wisły i Cracovii, z tym wyjątkiem, że te w Liverpoolu znajdują się między osiedlami typowych angielskich szeregowców. Pierwszym przystankiem było Anfield. Gdy dojechaliśmy było już ciemno. Zrobiliśmy kilka zdjęć i zauważyliśmy, że grupka siedząca w spelunie zaraz przy The Kop zaczyna krzywo na nas patrzeć . Nas dwóch, Liverpool, wszędzie ciemno i obce osiedle, z którego w każdej chwili mogło wyskoczyć więcej takich typów, a po ostatnim pobycie w szpitalu nie bardzo widział mi się powrót po ewentualnym spotkaniu z jakimś stanleyem czy tym, co oni tam teraz przy sobie noszą. Twardo przeszliśmy obok typów na drugą stronę stadionu i minęliśmy memoriał poświęcony dziewięćdziesięciu sześciu kibicom tragicznie zmarłym w katastrofie na Hilsborough. W momencie kiedy się zbieraliśmy akurat podjechała kolejna taksówka wioząca jakichś krawaciarzy na stadion. Szczerze mówiąc nawet nie przyjrzałem się, czy byli to piłkarze Liverpoolu. Nie zastanawiając, się wsiedliśmy do taryfy, żeby uniknąć dodatkowych atrakcji i powiedzieliśmy kierowcy, żeby wiózł nas na Bank Hall Station, skąd mieliśmy pociąg do Southport, gdzie nocował nas dobry kolega z Polski. Po drodze poprosiliśmy gościa, żeby jechał koło Goodison. Patrząc na to w jakim miejscu znajduje się stadion Evertonu, upewniłem się, że była to jednak dobra decyzja, żeby nie iść tam piechotą, co wcześniej mieliśmy w planach. Jeśli chodzi o otoczenie, to było tu jeszcze więcej szeregowców ściśle „przytulonych” do stadionu. Tworzy to z pewnością świetny klimat w dniu meczu, jednak nie przeszkadzało mi podziwianie stadionu z okna taksówki. Dojechaliśmy do stacji, a potem pociągiem udaliśmy się do Southport, gdzie na miejscu odbył się dobry melanż z kumplem.

Rano angielskie śniadanie szybko postawiło nas na nogi i ruszyliśmy do Manchesteru. Nocleg mieliśmy przy samym Old Trafford. Na miejscu spotkaliśmy przyjaciół z Polski mieszkających na Wyspach, którzy wpadli przy okazji się z nami spotkać. Chłopaki poszli na mecz FC United (siódma liga angielska) przyciągnięci polecaną przez wiele osób atmosferą. Mnie jeszcze szumiało trochę w głowie od picia dzień wcześniej, więc przespałem się przez godzinę w hotelu i ruszyłem na miasto. Szybka podróż metrolinkiem i byłem na głównej Market Street. Najpierw wszedłem do TK Maxx. Nic specjalnego, klika polówek Ralpha za 20 funtów, ale ogólnie nic, co by powaliło. Czasami u nas jest lepszy wybór. Potem wizyta w Size?, zawalonym Hamburgami. Trzeba przyznać, że w stacjonarnych Size’ach można często znaleźć buty w prawie pełnej rozmiarówce, których nie ma już na stronie (tak przynajmniej było w Manchesterze, gdzie długo zastanawiałem się nad czerwono-czarnymi Trimm Starami, które na stronie można kupić w ograniczonych rozmiarach) i trochę taniej niż na niej. Później skoczyłem do znajdującego się nieopodal Life’a, gdzie rzeczy są już z najwyższej półki i strasznie drogie. Stone Island droższe o 30-40 funtów niż na angielskiej stronie, a o C.P. wolę nawet nie wspominać. Z bliska przyjrzałem się kurtce S.I. Lino Watro Tela, której zakup planuję przy okazji letnich wyprzedaży i jeszcze bardziej upewniłem się w decyzji, bo jest naprawdę kozacka. Jeśli chodzi o ceny, to jedynie Ma.Strum było w miarę przystępne, więc zakupiłem sobie koszulkę, żeby nie wyjść z pustymi rękoma. Moim głównym celem było jednak kupienie nowej polówki F.P., gdyż ostatnią trafił szlag. W oficjalnym sklepie na Police Street był dość słaby wybór, a ceny wysokie. Szybko wróciłem na Market Street i poszedłem do sieciowego Selfridges, gdzie wybór kolorystyczny klasycznych polówek był o wiele większy, z różnicą 10 funtów na moją korzyść. Nie zastanawiając, się dokonałem zakupu. Przeszedłem się jeszcze po kilku sklepach, ale nic nie przykuło mojej uwagi. Znajomi wrócili z meczu więc spotkaliśmy się w knajpie przy Old Trafford, gdzie spędziliśmy resztę wieczoru.

Następnego dnia pobudka z rana. Szybkie przygotowanie, schowanie bagaży do auta i ruszyliśmy na stadion. Mecz zaczynał się o 13:30 angielskiego czasu. Poszliśmy do knajpy, gdzie zbierali się kibice United. Jeśli chodzi o ciuchy, to widać, że bardzo dużo ludzi jest tam w temacie. Każdy ma na nogach trzy paski, modele oczywiście w 99,9% oryginalne – od dobrze znanych u nas Gazelli, po mega unikaty jak Manchester czy Dublin. Widać też, że przynajmniej w tym towarzystwie Stone Island zaczyna tracić popularność na rzecz Ma.Strum (to samo zauważyłem w sierpniu w Londynie na Wembley). Browar lał się strumieniami i pijani Angole zaczęli śpiewać. Na początku byli bardzo głośni i w miarę zgrani, ale potem wytworzyły się grupki. Nikt nad tym nie panował, każdy śpiewał inną przyśpiewkę i zrobił się wielki bełkot. Ponieważ do meczu zostało niewiele czasu, wyruszyliśmy na stadion. Robi on oczywiście ogromne wrażenie. Nie da się tego opisać, trzeba go po prostu zobaczyć. Bilety mieliśmy na trybunę północną, praktycznie pod samym dachem. Nie spodziewaliśmy się fajerwerków na trybunach, mieliśmy przynajmniej nadzieję, że sportowo widowisko nie zawiedzie. Mecz skończył się wynikiem 3-0 dla Liverpoolu. Drużyna z miasta Beatlesów nie dała żadnych szans gospodarzom. Mecz sam w sobie niestety był nudny, bo liczyliśmy na więcej emocji, jednak drużyna Rodgersa w tym sezonie była o kilka klas lepsza od Czerwonych Diabłów. Co nas jednak zaskoczyło to, że przy stanie 0-2 i około kwadransie do końca, kiedy United grał w dziesiątkę, kibice gospodarzy wcale nie chcieli opuszczać stadionu. Zamiast tego zaczął się głośny – jak na Old Trafford – doping, który podtrzymywały wszystkie cztery trybuny. Wokół nas wszyscy stali, walili w rytm przyśpiewki w blachę i darli się ile tylko mogli. Nawet gol na 3-0 ich nie uciszył. Naprawdę można było przez chwilę poczuć doping jak na polskiej lidze (oglądając retransmisję na Sky słyszałem, że nawet komentator zauważył, że na Old Trafford było głośno jak nigdy). Po meczu wróciliśmy do Southport, gdzie skończyliśmy wieczór tradycyjnie po Polsku gorzałą i wróciliśmy rano do Liverpoolu na samolot. Mieliśmy jeszcze chwilę do lotu, więc zdecydowałem się wrócić do Scottsa i kupić sobie niebieskie Gazelle Indoor, które sprzed nosa sprzątnięto mi ze sklepu online Size?. Chłopaki pytali się, jak było na meczu. Widać, że dzień wcześniej pobalowali ze względu na zwycięstwo. Po chwili zaczęło się typowe angielskie gadanie, jaka to ich drużyna nie jest wspaniała i z kim to by nie wygrała. Pogadaliśmy jeszcze chwilę, pogratulowaliśmy chłopakom zwycięstwa, zaprosiliśmy do Polski jak będą mieli chwilę i ruszyliśmy z kolegą na lotnisko, by wrócić do kraju. Wyjazd mogę uznać za udany w stu procentach. Było wszystko, czym można zdefiniować Casual – ciuchy, futbol i dobry (bo polski!) melanż. Jeśli ktoś ma możliwość to oczywiście z całego serca polecam taki wypad!

Dzięki za czas poświęcony na przeczytanie. Czekajcie na nasze następne relacje.

 

P.S. Przepraszam za jakość zdjęć, ale nie udało mi się ogarnąć przed wyjazdem nowego telefonu i musiałem robić fotki starym, bo nie lubię łazić z aparatem na szyi.

P.S.II Chciałbym z tego miejsca pozdrowić dobrego ziomka Grześka i podziękować mu bardzo za gościnę w Southport.

Facebooktwitterby feather

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie upubliczniony


*