21 marki na 2016

21 marki na 2016

Tworzeniu tej strony przyświecał jeden cel, zebrać najważniejsze informacje na temat kultury Casual w jednym miejscu, siłą rzeczy, sercem strony stała się sekcja MARKI. Staraliśmy się tam zawrzeć podstawowe informacje o firmach klasycznie kojarzonych z tą kulturą. W trakcie jego przygotowania, zdecydowaliśmy nie wychodzić poza „kanon”, listę marek zdefiniowana w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych na wyspach. Jednak sytuacja jest dynamiczna, jedne marki wchodzą na piedestał, a inne spadają w niebyt.
Kultura niesamowicie się rozwinęła, rozlewając na cała Europę. Naturalna konsekwencja było pojawianie się firm, które tworzą z myślą o środowiskach kibicowskich. Wydaję się że nadszedł odpowiedni czas by rozszerzyć listę o nowe firmy. Dlatego tym bardziej się cieszymy, że jeden z bardziej aktywnych osób na naszym fan page, zgodził się stworzyć subiektywny przegląd marek na 2016. Zapraszamy.

Z okazji pierwszych dni roku 2016 pozwoliłem sobie popełnić poniższy tekst. Starałem się, w niezobowiązujący sposób, ocenić szanse na rozwój popularności niektórych marek casual – wszystkich ich i tak tu pewnie nie zawarłem, zawsze znajdzie się ktoś, kto czegoś nie uznaje albo dorzuci niszową markę z Białorusi czy Luksemburga. Skupiłem się na firmach, w temacie których mam jakiekolwiek przemyślenia, wiedzę oraz ich odzież w swojej garderobie, dlatego odpuściłem np. Acronym, Nemen, Ellesse, Gant, New Balance, Victorinox, MAstrum, Stone Island, CP Company. Pozwoliłem też sobie wieszczyć, które w tym roku, raczej, nie zawojują trybun i portfeli tak w Polsce jak i w Europie.

Adidas Originals – buty tej serii to absolutny „must have”, nie ma co do tego wątpliwości. Mogą sobie istnieć Diadory, New Balance, Lacoste – seria originals zjada je na śniadanie. To ponadczasowe obuwie, moda, tradycja, modele, które stały się klasyczne, reedycje – cała mała subkultura sneaker-heads. Poza tym może w szafach niektórych z nas znajdują się t-shirty stylizowane na lata 70-te, dresowe bluzy, bo, tak poza tym, to Adidas Originals niczego zaskakującego nie robi. Moje luźne prognozy jednak, zwłaszcza na sprzedaż trainersów, są dla giganta jak najlepsze i drenaż portfeli będzie trwał.

Aquascutum – stara gwardia casuals. Podobnie zresztą oceniam takie marki jak Burberry, Pringle, Henri Lloyd. To się może i nosiło w latach 80’ i 90’ na Wyspach czy w Holandii, ale w Polsce jest nadal traktowane jako zajebista odzież – podzielam ten pogląd, bo to jest świetna jakościowo odzież. Może odbiór marki w Polsce ogranicza się tylko do charakterystycznych sweterków na zamek, płaszczy i koszul, ale nie zmienia to faktu, że ciuchy są kozacko wykonane i mimo, że „trącą myszką”, to przecież nikt nie odmówiłby Aquascutum na dobrej promocji. Na trybunach może już nie jest i nie będzie tak widoczna, bardziej jako „fajny oldschool”, ale to nie kibice są jej grupą docelową, także firma poradzi sobie jak rokrocznie – bardzo dobrze.

Barbour – przyznam, że to jedna z moich ulubionych marek. Zapewnienie „By her Majesty appointment” daje nieliche poczucie bezpieczeństwa przy wydawaniu sporej kasy na ich wspaniałe kurtki czy płaszcze. Stylistyka Barbour jest konsekwentnie konserwatywna (chociaż małe kolabo z Adidasem zakłóciło tę staromodną harmonię – in plus, wg mnie), woskowane kurtki to klasyka nad klasyki, tworzenie wizerunku firmy w oparciu o brytyjską przyrodę, styl życia klasy wyższej, powiązania z Rodziną Królewską – to wszystko robi robotę, a produkty Barbour można znaleźć nawet na stosunkowo młodych przedstawicielach subkultury casuals. Prócz kurtek doskonałe są swetry, koszule i szale. Ciuchy bronią się jakością, są drogie, ale za to na lata – wiem, bo przetestowałem na własnej skórze i szanuję pracę ludzi z Barbour w opór. Niezmienna, dobra pozycja na trybunach z widokami na przyszłość w jasnych barwach.

Burberry – każdy, kto obejrzał Green Street Hooligans czy Football Factory pewnie zaraz potem szukał ciuchów tej marki. Teraz firma kojarzona głównie z latami 90’ i tureckimi podróbkami oraz wzorkiem z szali i koszul, który zawojował bazary. Nie ma się chyba co oszukiwać, to już nie to i raczej w najbliższych latach nie powróci – mamy nowe marki, chociaż Burberry nikt jakości nie odmawia, ale przez powszechne kraciaste czapeczki z daszkiem noszone przez brytyjskich „chavs”, poprzez nasze rodzime panie sąsiadki, śmigające z torbami na zakupy i apaszkami w popularną kratkę – prestiż i elegancja nieco podupadła, a stadionowi bywalcy jakby nieco o brandzie zapomnieli. Mam wrażenie, że w kraju pochodzenia marki również. Może za parę lat moda na Burberry powróci, w końcu kto z nas nie marzył o płaszczu czy harringtonce z tej stajni.

Ben Sherman – nieco, jakby, zapomniana marka. Koszule to było coś, co każdy szanujący się skinhead był mieć powinien, z tymże fakt – to już nie Brighton i lata 60-te i 70-te, nie te klimaty muzyczne i nie te subkultury. W Polsce marka nie najpopularniejsza, ale mająca swoją pozycje. Na każdej wyprzedaży Bena Shermana można mieć pewność upolowania stylowej kurtki, klasycznej koszuli, solidnego swetra czy dobrze skrojonej i ciekawej koszulki polo. Cenowo też nie są wystrzeleni w kosmos jak niektórzy „nowi gracze”. Jak jeszcze „zaczynałem” szukać ciuchów kojarzonych z subkulturą casuals, to para Fred Perry – Ben Sherman to były moje pierwsze kierunki. Mam sentyment i sporą sympatie dla tej marki i ich ciuchów, wiec myśląc nieco życzeniowo – niechaj rok 2016 będzie tym, w której sprzedaż wzrośnie, szczególnie wśród stadionowych bywalców.

Casual Connoisseur – niszowa, dość młoda firma. Mnie nie zachwyca niczym, ewentualnie zadziwia swoimi niektórymi wycenami swoich gotowych produktów – cóż, święte prawo właściciela. Co ciekawe, CC znajduje odbiorców pomimo cen, bo większość ich odzieży i gadżetów ma przypis „sold out” po, góra, miesiącu od premiery. Małe kolekcje, mgiełka tajemniczości i ekskluzywności, umiejętny, sprytny marketing, no i „casual” w nazwie (więc od razu wiadomo, kto jest kto i kto się zna, no nie?) – to części składowe, które, w mojej opinii, pozwolą „Koneserom” unosić się po powierzchni rynku odzieży dla kibiców z pełnym luzem. Na koncie również współpraca z, jakże by inaczej, Weekend Offender i wydanie The D’Arbley, który średnio zatrząsł rynkiem, bo nadal możecie go nabyć.
wocc8b

Dreierhopp – taka sama sytuacja jak powyżej, z tymże wzory na t-shirtach są dla mnie dużo ciekawsze (wzór z laską w otoczeniu adidasów z serii Originals – mistrz). Uszyli kurtkę we współpracy z Weekend Offender, łączą niemiecko-angielskie klimaty dosyć zgrabnie, marketing jest nieco bardziej „twardy” niż u konkurencji z CC; prócz tego Dreierhopp uderza w handel klimatycznymi, okołostadionowymi pierdółkami – niby nic, ale euro z tego jakieś jest, bo jak wchodzisz na stronę, to 80% rzeczy jest „sold out”. Chłopakom na pewno będzie się szczęścić w nowym roku, bo rynek jest chłonny, tak niemiecki jak i europejski.

Fjällräven – szwedzka firma odzieżowa, która na pewno nie brała pod uwagę w swoich planach, że kiedykolwiek będzie obiektem pożądania piłkarskich fanatyków. Los i gusta klientów bywają jednak kapryśne i niektóre części garderoby z Fjall’a stały się klasykami. Mam tu na myśli głównie czapki i kurtki, kurtki drogie, ale zrobione naprawdę dobrze – Fjallraven nigdy się specjalnie nie pierdolił i robił odzież, w której można wyjść na spacer po Laponii, zdobywać Spitsbergen, wędkować, chodzić po górach i lasach. Dzięki swej wytrzymałości, wiatro- i wodoszczelności, odzież stała się elementem ubioru na Wyspach, gdzie pogoda nie rozpieszcza po dziś dzień jak i w swej ojczyźnie, w Szwecji. Miałem okazje być na derbach Sztokholmu – szwedzcy fani doceniają katany tej marki. Warto dodać, że reszta garderoby od „Lisa arktycznego” nie jest już tak popularna, bo zarówno spodnie techniczne, bluzy, kamizelki na ryby czy gustowne polarki to nie jest coś, co poza domkiem w górach uchodzi. Pewnie niezmiennie i w swoim cichym stylu Fjällräven będzie obecny wśród sympatyków kopanej.

Fila – włoska marka, ze sceną casuals związana już ze trzydzieści lat; teraz zajmująca miejsce w szafach głównie za sprawą kultowych, niepodrabialnych bluz tenisowych, polówek uszytych w tym samym klimacie oraz niektórymi lekkimi kurtkami z kolekcji Fila Vintage (a potrafią się tam znaleźć kozackie rzeczy) – trzeba przyznać, że Fila ma swoją unikalną stylistykę, którą konsekwentnie wyznaje, dając stadionowej gawiedzi całkiem fajne i lubiane ciuchy. Przyszłość – nie da się ukryć, że w bluzie tej firmy zawsze dobrze będzie się pokazać, wnosząc w towarzystwo nieco staroszkolny sznyt.
fila-2016-spring-summer-0

Fred Perry – firma – legenda. Odzież, która zagarnęła obszary i portfele subkultur muzycznych, nacjonalistycznych, lewackich, sportowych jak i zwyczajnych ludzi, którzy lubią dobre ciuchy. Fred Perry dba o swój wizerunek marki nieco ekskluzywnej, z wyższej półki, ale jednocześnie nie zapomina o korzeniach. Wydają kolekcje nawiązujące do sylwetek ze świata muzyki (vide Amy Winehouse) i sportu oraz środowisk muzycznych. Nigdy nie pucowali się do środowisk kibicowskich, kibice sami odnaleźli w polówkach i koszulach Freda Perry’ego „swoją” stylistykę – lubiane były i są szczególnie polówki i track suity. Noszone po dziś dzień, zarówno przez sympatyków muzyki klubowej, ludzi ze środowisk narodowych i z tej drugiej strony (kilka lat temu głośna sprawa „zabójstwa” w Paryżu, gdzie na wyprzedaży Freda Perry’ego spotkali się ludzie z dwóch różnych stron barykady światopoglądowej i typ z antify odszedł do świata, w który pewnie i tak nie wierzył) oraz fanatyków piłkarskich. Słynne „twin-tipped” na pewno w roku 2016 nie zaginie, rynek łyknie wszystko, co marka wyda; marka, która stworzyła (zapewne szczęśliwie i przypadkowo) całą „Fred Perry subculture” i dzięki temu ma zapewniony dopływ gotówki – jak może być inaczej, skoro ludzie w Europie są głodni ich odzieży od Lizbony po Moskwę i od Sztokholmu po Ateny.

Henri Lloyd – kolejna firma z „la guardia vecchia”. Z tymże, akurat w tym wypadku, nie sądzę, żeby jej popularność na trybunach miała przygasać, szarzeć i ogólnie łapać zadyszkę. Kurtki, zarówno te grube, jesienno-zimowe jak i te lekkie, wiatrówki i przeciwdeszczówki, to najwyższa półka – w Polsce część osób na pewno też kojarzy, że współudział w powstaniu marki miał Polak, Henryk Strzelecki. Miły akcent. Marketing nieco toporny, adresowany do wielbicieli yachtingu i outdooru (nie zapominajmy, że Henri Lloyd szyje też sztormiaki i całą gamę ciuchów dla lubiących się zmagać z morzem i wiatrem), ale nam, kibicom, średnio to robi – wszyscy wiemy, że to dobra, solidna marka, spod igły której wychodzą swetry, bluzy, polówki i ,wspominane wyżej, katany – wszystkie spotykają się z pozytywnym odbiorem. Sumując więc – Lloyd na pewno będzie noszony nadal przez wielu sympatyków piłki.

Lacoste – zrodzona w tenisowych klimatach francuska marka, która zdobyła serca casuals – tak by się mogło wydawać, ale przez zalew podróbek chyba już nie tak, jak w latach 70-tych i 80-tych. Poza tym wszyscy znamy obrazki z klubów, gdzie bandy gejów lansują się po parkiecie w białych spodniach i z charakterystyczną polówką z krokodylkiem. To niby nie powinno służyć budowaniu „szacunku” na trybunach, ale nikt z nas nie pogardziłby chyba polówką, bejsbolówką czy swetrem Lacoste. Ciuchy są warte swojej ceny, te prawdziwe polo, które można znaleźć czasem w lumpeksach, mimo swoich czasem ponad dwudziestu lat, nadal się trzymają. Prawdą jest, że poza koszulkami polo firma nie ma wielkiego zbytu w klimatach okołofutbolowych, ale zapewne nie boli to ją za bardzo – w końcu masa studiujących prawo i ludzi z żelem na włosach musi też w czymś chodzić po tej planecie.

Lyle & Scott – dla tej, nieco staromodnej i „nudnej” marki, mam wiele szacunku i ciepłych uczuć. Firma nadal trzyma się dobrze na Wyspach Brytyjskich, w Szwecji, Rosji, a nawet w Polsce czasem mignie jakiś typ ze złotym orzełkiem na piersi. Nie jest to dziwne, bo odzież jest „w normie” jeśli chodzi o ceny, szyje klasyczne – a przy tym ciekawe – wzory, nawet zwykła, lekka kurtka stworzona przez ludzi z L&S wygląda kozacko. Chodliwym towarem są ponadczasowe polówki, swetry, szale i czapki. Lyle & Scott prowadzi swój marketing w kierunku nieco „golfowym”, ale na stadionach niezmiennie ma swoich zwolenników i nie zapowiada się, aby w nowym roku cokolwiek miało się zmienić w tej materii. Przy czym sam życzę im jak najlepiej.

Marshall Artists – w miarę nowa (2001 rok powstania) inicjatywa – także sznyt i styl ich odzieży nie jest tak „klasyczny” jak u firm opisywanych powyżej. Widać, że grupa docelowa to raczej młodzi ludzie i dobrze, bo przez to Marshall Artists nie zamulają i wprowadzają ciekawą odzież z, jakkolwiek to głupio nie brzmi, nowoczesnym wzornictwem. Cenowo, szczególnie podczas wyprzedaży, to bardzo osiągalny sort ciuchów, a jest po co sięgać, bo właściwie wszystko, włączając w to krótkie spodnie, to łakome kąski. Zdecydowanie stawiam na Marshall Artists, może nieco niszowo i bez rozgłosu, ale na pewno wśród szaf kibiców piłkarskich znajdą sobie miejsce w 2016 roku. Marka wnosi powiew świeżości na scenę, co zdecydowanie jest in plus. Na swoje 15-lecie z najlepszymi życzeniami.
MA_SIREN_800_04 MA_SIREN_800_06 MA_SIREN_800_03

Napapijri – parę lat temu zupełnie nieznana w Polsce, teraz wchodzi na salony. Nawet dość dosłownie, bo otworzyli niedawno butik w Starym Browarze. Nie powiem, żebym był entuzjastą norweskiej flagi w wersji XL wpierdalanej w przypadkowych miejscach, ale z tego co wiem, to techniczne parametry napawają optymizmem potencjalnych właścicieli. Estetyka i fasony to rzecz dyskusyjna, aczkolwiek o dwóch „klasykach” już można mówić, mianowicie kurtkach RAINFOREST i SKIDOO (szczególnie chłopaki z sekcji akrobatycznych docenili ponadczasową czerń). Firma dosyć droga, produkująca technicznie solidne ciuchy i na pewno znajdzie swoich zwolenników na wschodzących, wschodnich rynkach. Z optymistyczną prognozą w ten nowy rok, Napapijri.

One True Saxon – wjechali na rynek przy akompaniamencie oklasków i ogólnego entuzjazmu – budowali wizerunek na wskroś brytyjskiej marki, umiejętnie wspierając pewnego boksera wagi lekkiej (chyba Frocha, nie pamiętam). One True Saxon powalczył wzorami i nietypowymi krojami swoich ciuchów, kolejna marka, która mocno odkurzyła sklepowe magazyny i wystawy. Asymetria, pagony, różne kolory haftów czy guzików, skórzane akcenty – to wyróżniało ich na tle konkurencji. Stosunek jakości do ceny był jak najbardziej do przyjęcia, firma od kurtek, poprzez bluzy, koszule, polówki, buty, spodnie i swetry pokazywała, że mają ciśnienie na kreowanie dość ożywczych trendów na piłkarskich stadionach. Potem przyszło wykupienie przez JD (a może Pentland Group, którego JD jest częścią?), sporo osób postawiło krzyżyk na OTS, a marka do dziś żyje; warto wiec zahaczyć o scottmenwear.co.uk czy inne sklepy i zobaczyć, jak dobrze odzież opisywanej firmy sobie radzi. Prognozy? Może nie przez większość, ale będzie noszone – i tak szybko nie „zdechnie”, jak wielu myślało, że się stanie.

Outskirts Moscow – maluch z Moskwy, jak sami założyciele twierdzą, z „ghetta”, gdzie ludzie piją wódkę i nawzajem się tłuką. Żadnych rewelacji tu nie znajdziemy, ale wzory na koszulkach są interesujące, na tyle, że wyróżniają się in plus na tle konkurencji z, chociażby, Weekend Offender czy Casual Connoiseur – wydali też jedną parkę „Baikal”, jakiś bucket hat i… to chyba tyle. Jako ciekawostka – marka warta odnotowania. Jak sami namawiają: “Eat pancakes with caviar, drink vodka, go to the sauna and wear our clothes!” Czy poza Rosją mają szanse? W tym nowym roku – nie sądzę.

5IblqqDDV1Y

Original Penguin – niezbyt często noszona, ale uznana. Klasyką są specyficzne polówki, które mają pewnie tyle samo zwolenników, co wrogów. Prócz tego wydają klasyczne fasony kurtek, swetrów czy bluz, które w mojej opinii, są jakościowo solidne i zwyczajnie ładne. Bez wielkich szaleństw, bez rozbuchanych cen, prosto i schludnie. W nowym roku na trybunach pewnie wiele „pingwinów” nie przybędzie, bo świadomość istnienia marki przewija się gdzieś w tylnych rejonach umysłów większości „lads”.

Peaceful Hooligan – niektórzy mogą zarzucić marce lekką „puckę”, zbyt ostentacyjną, do subkultury stadionowych rozrabiaków. Ja nie mam takiej spiny, firma ma jasną filozofię budowania wizerunku, z fajnymi odniesieniami do siedzenia w pubach, piłki nożnej i ogólnych klimatów wokół futbolu. Połasili się nawet o zrobienie „technicznych”, nieco z kartofla ciosanych, kurtek z gore-texem i teflonem – trafiony strzał w warunkach pogodowych na Wyspach. Rozmiarówka jest nieco „luźniejsza” niż większość wiodących marek, t-shirty mają na sobie całkiem niezłe detale (np. wpinane guziczki i naszywane brytyjki), wszystko jest w stonowanych i nie mających się wyróżniać barwach (co pewnie współgra z ideą przewodnią przedsiębiorstwa), dobrej jakości, nie najdroższe – trybuny przyjęły Peacefl Hooligan całkiem nieźle, a rok 2016 będzie, zapewne, nie gorszy od minionego.

Ralph Lauren – marka ma na trybunach wspólny problem z Lacoste – dobrze wiemy, że lubią ją też niższej rangi gangsterzy, bywalcy dziwacznych klubów, alfonsi i cyganie. Jest utożsamiana z prestiżem i luksusem, wiec w sumie nic w tym dziwnego, że każdy chce „liznąć temat”. Na sektorach stadionów bywają widoczne klasyczne bejsbolówki ze skórzanymi paskami, harringtonki, koszule, bluzy rugby, szaliki i polówki. Nie można wszak Ralphowi Laurenowi odmówić tradycyjnego, dobrego smaku. Problemem zdają się być koszulki polo z wyjebanymi, wielkimi końmi czy też cyframi, ale i tak nikt z „kumatej braci” tego raczej nie nosi. Ralph Lauren wiec na rok 2016 stabilnie, wszak i tak nie jest zainteresowany futbolowymi fanami w swoich strategiach sprzedażowych.

Weekend Offender – założona w okolicach Cardiff w 2004 firma okazała się strzałem w dziesiątkę. Weekend Offender został ciepło przyjęty w całej Europie, zdobywając popularność w Rosji, we Włoszech, Niemczech, Skandynawii i nawet, o dziwo, nieco w Polsce. Jest to jedna z tych marek, które mocno odmuliły i odświeżyły rejony mody popularnej u casuals. Mieszane uczucia budzą ich wzory na t-shirty, bo raz są świetne, a innym razem śmierdzą przypałem i rozumiem, że wchodzenie we współpracę jest spoko, ale to tylko w wypadku, kiedy razem pracuje się nad kozackimi projektami – a The D’Arblay, przepłacona kurtka z Dreierhopp czy dziwne t-shirty z nieznanymi podmiotami nie powalają. Poza tymi minusami problemem były (są?) nadruki i ich jakość – wiem, bo jestem w gronie tych osób, u których po kilkunastu praniach nadruki zaczęły schodzić jak z bazarowych koszulek. Weekend Offender nadrabia za to celnym, dowcipnym i pewnym siebie marketingiem, a ich detale i „prezenciki” w niektórych projektach kurtek („chce się widzieć z moim adwokatem” w pięciu językach, szczoteczka do zębów plus pasta, plany metra wszyte wewnątrz – powiew świeżości, nie można zaprzeczyć). Wszystko opakowane w klubowo-awanturniczo-stadionowe odniesienia, sporo muzyki, narkotyków, alkoholu (wydali swoje piwo), dymów, panienek, kultowych filmów i piłki nożnej. Trzeba przyznać, że wjechali z buta w klimaty, namieszali i mieszają nadal. Ciuchy z „Category A” wyszły, moim skromnym zdaniem, bardzo dobrze, plus za fajny motyw przewodni. Nawiasem mówiąc, to spore wrażenie, jak na tak mało „komercyjną” firmę, robi portfolio WO i szeroki asortyment oferowanych ciuchów. Rok 2016 będzie dobry dla firmy, jestem o tym przekonany; ja już czekam na wyprzedaże.

Maciej Wyborowy

Facebooktwitterby feather

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie upubliczniony


*